Te gorsze dni, czyli cała prawda o Nowym Rozdziale

Opublikowane

Napiszę wprost – ten tydzień nie należał do udanych. Między innymi dlatego dzisiaj nie pojawi się kolejny #Potygodnik, a wpis w którym wyjaśniam o co chodzi i „co mnie gryzie w szyję”. Nie sądziłam, że nowy start będzie dla mnie aż tak trudny – a ta rzeczywistość pociągnęła mnie w dół dość mocno.

Zaczęło się oczywiście w poniedziałek – trudno było mi znaleźć powód, dla którego miałabym się chętnie podnieść z łóżka. No bo co – M. dawno w pracy (a było jakoś przed 10), studia za mną, żadnych nowych powiadomień o rozmowach rekrutacyjnych (no i nie znalazłam nic, co zasłużyłoby na moją uwagę). Nic. Null. Mogę oczywiście oglądać cały dzień seriale, grać w gry wideo, ale zwyczajnie poczułam, że to bez sensu. Mam tak wegetować? Ile? Tydzień? Miesiąc? Wylądowałam z tytułem magistra w jakimś ciasnym, białym pudełku, z którego (jak się okazało) trudno wyjść. Było mi źle, bo przeliczyłam się co do Nowego Rozdziału, chociaż pisałam ostatnio, że studiowania wcale nie żałuję, że było fajnie, że wiele rzeczy mi się przydało w pierwszych pracach… więc o co chodzi?

Zobacz wpis:
Czy warto studiować? Moja historia studiowania

 

Nowy Rozdział – czyli co?

Nowym Rozdziałem nazywam moje każde, życiowe przełomy. Na ogół jestem nimi podekscytowana, lubię stawiać im czoła, uczyć się nowych rzeczy i radzić sobie z nowymi sytuacjami. Na przykład, w połowie studiów pierwszego stopnia, Nowym Rozdziałem było dla mnie zakończenie toksycznego związku i stworzenie Poznańskiej Gildii Graczy oraz prowadzenie spotkań Pog(R)adajmy w Poznaniu. Nie od razu była to kaszka z mleczkiem, zaczęłam rozumieć z czym to się je dopiero po czasie. Poznałam wtedy masę, świetnych ludzi. Wyszłam ze swojej strefy bezpieczeństwa (czy raczej: porzuciłam wszelkie obawy, poczułam swoją wartość i to, że mogę całkiem sporo, a między innymi to także zasługa M.) i… było cudownie. Kolejnym Nowym Rozdziałem było dla mnie przekazanie PGG w inne łapki, skupienie się na pierwszej, satysfakcjonującej pracy i kończenie studiów (chciałam ukończyć je jak najlepiej – i udało się!), a także zainicjowanie nowych, osobistych projektów. Były to tym samym decyzje, których nie żałuję.

Nikt jednak nie powiedział, że będzie łatwo, a na dodatek, niestety mam tendencję do motania się, wahania. W przypadku opisanych Nowych Rozdziałów, też miałam takie momenty – trudne, niepewne. Niby cel potrafię sobie wyznaczyć, ale mam wrażenie, że kiedy wpadnę na okres, w którym czuję się mniej odważna, że stanie się coś, co sprawi, że kompletnie się rozproszę, zaczyna być wtedy niewesoło. No i nadszedł taki czas. Niby wiem czego chcę, ale…

 

…są takie dni, kiedy trudno wziąć się w garść, a chce się wypłynąć na głęboką wodę

Szukam nowej pracy. I to nie w żadnym ośrodku kultury (chociaż mam wykształcenie), nie jako kierownik projektu (chociaż mam doświadczenie). Postawiłam sobie poprzeczkę wysoko… i zaczęłam się zastanawiać co w związku z tym. No właśnie – zaczęłam się zastanawiać. Pewna, mega odważna myśl chodzi za mną nieustannie – iść na swoje, założyć własną firmę, zostać grafikiem, designerem. Z jednej strony wiem, że byłabym w tym całkiem niezła, z drugiej jednak czuję, że chciałabym się najpierw poduczyć pod okiem specjalistów – ludzi, którzy pracują na tym stanowisku 5 czy 10 lat i naprawdę wiedzą, co robią. Moje portfolio się powiększa, mocno nad nim pracuję. Douczam się, testuję, przymierzam się do poważniejszych kursów. Mam chwile zwątpienia, czas ucieka, a ja czuję, że mogę sporo… tylko – no właśnie – muszę wybrać określony kierunek: wypływać na głęboką wodę, na swoim, czy raczej chwilę popływać przy brzegu, na etacie.

 

Jelonek Staś wie, że nie zawsze życie jest słodkie;)

 

Waga sprawy i jakieś decyzje

Z megadoła wyciąga mnie za uszy oczywiście M. Jak się okazało, po przeanalizowaniu sytuacji, pomiędzy jedną frytką z Maka, a drugą, drogi są dwie. Wygląda na to, że od lipca ląduję na freelance (chociaż wielokrotnie pisałam, mówiłam „eee praca zdalna i w mieszkaniu to nie dla mnie!”), a moje 36m2 zamienia się w korpo. Pieniądze same pod drzwi nie przyjdą (w przeciwieństwie do rozchodnika kaukaskiego, hehe – wpadnij na FB, jeśli chcesz wiedzieć o co kaman), rachunki same się nie popłacą, a potrzeby – wiadomo – rosną. O ile nadarzy się jakaś sensowna oferta pracy – nie pogardzę. Nie zamierzam jednak brać byle czego, nie zamierzam zarabiać mniej, niż w poprzedniej firmie, bo byłby to dla mnie krok w tył, to jasne.

 

Recepta na paskudne humory – działać!

Koniec końców, kiedy pogoda się stabilizuje (a jestem ogromną meteopatką), wraca chęć do życia. Trudno przecież odczuwać szczęście i ładować siły witalne, kiedy cierpi się na migrenę i stany niby-depresyjne (przypominam sobie, że mamy lato, nie jesień, do diaska). Mimo wszystko, najlepszym lekiem dla mnie jest działanie. Nie muszę jednak produkować się kreatywnie, ani nic z tych rzeczy. Czasem wystarczy mi zwykły spacer, frytki z Maka, ciekawy artykuł lub webinar/live i już mam zajęcie i nie myślę o smutkach, niepewnościach i lękach.

Fantastycznie odnalazłam się też w Bullet Journalingu! Właśnie rozpisałam sobie nowy miesiąc (a zaczynałam dwoma ostatnimi tygodniami czerwca – na próbę – i wygląda na to, że zostaję) i jestem coraz bardziej zadowolona z układu, trackerów, tabelek i całej reszty, chociaż mój styl dopiero się wykształca (może postawię na minimalizm…?). Podoba mi się ten system – czuję, że wreszcie zaczynam mieć pod kontrolą różne moje, małe i duże sprawy oraz nawyki. Po prostu: praca nad sobą jest świetna.

Poza tym wszystkim, mam masę planów – jak wspomniałam, zarówno freelancerskich, jak i bardziej oficjalnych, które pomogą mi osiągnąć stabilność. Bardzo jej teraz potrzebuję. Mam zamiar również popracować nad blogiem – miałam ogromną frajdę z tworzenia poradnika w poprzednim tygodniu i myślę, że… będzie tego więcej. Zamierzam też otworzyć pewną grupę, ale o tym dopiero za jakiś czas.

Zobacz wpis:
Motywy WordPress – wszystko, co warto o nich wiedzieć, czyli gdzie kupować i jak wybierać

 



 

Wydaje mi się, że nie chodzi o to, by od rana do wieczora, dzień w dzień, mieć dobry nastrój, nieskończone pokłady energii (każdemu się wyczerpują, każdemu – człowiek to nie robot lub zaprogramowany na określone interakcje bot). Ważne jest to, by z dołka wyciągać jakieś wnioski, o to, aby mieć na siebie sposób albo mieć przy sobie kogoś, kto ten sposób pomoże znaleźć.

Nowe Rozdziały może i są ekscytujące, ale i pełne niespodzianek, przeszkód, chwili słabości. Meta – czy inaczej – osiągnięcie celu, dostarcza jednak tak wielkiej satysfakcji, że zwyczajnie warto. Nawet, jeżeli czasem to taka walka samym z sobą, to z własnego doświadczenia wiem, że często przynosi zaskakujące efekty: nie tylko poznaje się siebie lepiej, ale i do takich walk dochodzi rzadziej.

A teraz – do roboty!