Coś ruszyło

Opublikowane

Niewiele brakowało i opublikowałabym tekst pełen irytacji, smutku i innych negatywnych emocji. Na szczęście ostatecznie wylądował w koszu i nigdy nie ujrzy światła dziennego. Ale co za dół mnie ostatnio dopadł to aż szkoda pisać. Efekt nadmiaru pracy i innych obowiązków.

Pod koniec lutego w końcu oddałam pierwszy rozdział magisterki i wreszcie przynieśliśmy z M. do mieszkania szeflerę. Kwiatek trochę ożywił atmosferę, oczyścił powietrze (ale to może też to wymienienie filtra w odkurzaczu jakoś poskutkowało) i w ogóle we wnętrzu zrobiło się ładniej i przytulniej. Przesadziłam też starego, dobrego doniczkowego „potworka”, czyli zamiokulasa (trochę mi przywiędł ostatnio, ale już znowu mu lepiej) i robiłam to po raz pierwszy całkiem sama, nawet nie robiąc specjalnego bałaganu.

Z innych rzeczy… weszłam w posiadanie czterech, drewnianych masek-totemików i prawdopodobnie to one w pierwszej kolejności zawisną na ścianie nad kanapą (to znaczy chyba nie wszystkie, a dwie z nich). Ale może jeszcze zmienię zdanie, kto wie, bo nawet nie mam jak ich przytwierdzić (tak wygląda życie bez wiertarki). Przymierzam się również do wymiany dywanu oraz (wreszcie) zegara. Dodam jeszcze, że hajsu kompletnie nie przybywa, jednak nie wyobrażam sobie robić na dwa etaty z magisterką i dyplomem na głowie – co to to nie. Chociaż nie powiem, chciałoby się mieć więcej, nawet jeżeli już sporo się ma. To wciągające, niebezpieczne, bo zdarza się, że prowadzące do frustracji. Póki jest nas dwójka, spoko. Tylko mimo wszystko chciałabym w ciągu tych pięciu lat mieszkanie ogarnąć (włączając w to remonty). Nawet do końca nie wiem, czemu mam na to takie ciśnienie… Może dlatego, że zakup głupiej patelni trzeba planować? Albo wyjście do restauracji? Albo kupowanie kosmetyków? Albo wiosennych butów? To jednak męczące, naprawdę. Nie chcę narzekać, ale mimo wszystko… rozumiesz. Jakiś taki dyskomfort odczuwam. Chyba powinnam napisać jakiś post o tym, dlaczego tak planowania nie cierpię.

Obecnie moim największym problemem jest to, że czasem wydaje mi się, że „robię za mało”. To takie paskudne uczucie, które potrafi nieźle weżreć się w mózg. A jak już zaczyna mi się coś wydawać to w pewnym momencie okazuje się, że fizycznie i psychicznie nie ogarniam. Nie wyrabiam. W efekcie introwertykuję się jeszcze bardziej, a potem z tej podłej dziury próbuje wyciągnąć mnie M. I nawet się mu udaje przeciwdziałać na te moje quasi-depresyjne fazy, pt. „to-wszystko-to-jedna-wielka-kicha”.

W nagłówku posta kadr z pokoju dziennego – uznaję to za jakiś postęp w ramach Plany na ściany. Wiem. Trochę ciemny. Jednak słońce ostatnio bywa baaardzo kapryśne, a ja nie jestem wyposażona w lampy doświetlające (może kiedyś?). Witrynkę przy najbliższym sprzątaniu odsunę od kanapy, bo czuję, że zbyt do niej przylega. Dywanik ze „skandynawskiego” w ciągu kilku miesięcy zostanie na pewno wymieniony na inny, bardziej neutralny. Chcę trochę etniczności wprowadzić do wnętrza.

 

Aha! Swoja drogą, Karmins skończyło roczek. Jakoś specjalnie wydarzenia tego nie celebrowałam w tym roku, bo… zwyczajnie jeszcze wiele pracy przede mną – w kwestii budowania i bloga i jego społeczności.

A jeżeli czytasz mnie od początku – dziękuję!

 

witrynka – Black Red White • stolik kawowy – Wood and Paper • gazetnik – Konsimo • szeflera – mama hodowała! • zamiokulas – hodowałam ja! • narzuta – H&M Home • dywanik – Carpet for You