Nigdy nie mów nigdy, czyli 5 rzeczy, wobec których zmieniłam zdanie

Opublikowane

Mówi się, że człowiek zmienia się co kilka lat – i ja w to wierzę. Zmieniają się przecież upodobania, doświadcza się także nowych rzeczy, sytuacji, emocji. Patrząc z perspektywy czasu, widzę jednak, że mimo lubowaniu się w zmianach, metamorfozy nie przychodzą mi aż tak łatwo – bo to cały proces, czasem dla mnie męczący, przyprawiający o zawroty głowy, mdłości, stres i Bóg-wie-co-jeszcze.

Jednych rzeczy uczę się dłużej, innych krócej, niektóre sprawy porzucam, by… powrócić do nich w odpowiednim momencie. No i uczę się na błędach. Nie będę ukrywać, że jest kilka spraw, wobec których mój stosunek uległ zmianie! Przyglądając im się lepiej, bardziej, dokładniej, ostatecznie doszłam do wniosku, że – po pierwsze – nie są wcale takie głupie, jakimi się być zdawały, no i – po drugie – próbując ich mogę nawet coś zyskać. „Nigdy nie mów nigdy!” – po prostu coś w tym powiedzeniu jest.

 

1. Kiedyś upierałam się, że nigdy nie polubię makijażu

To „nigdy” przyszło mi z tego, że od zawsze wyglądałam na sporo młodszą, niż wskazywałby na to mój rok urodzenia. W podstawówce – jak przedszkolak, w liceum jak gimnazjalistka, a na studiach cóż… wielokrotnie słyszałam, że wyglądam na 16. Teraz prawdopodobnie ten stan 16-18 się utrzymuje, chociaż licznik pokazuje 24 (i jestem z tej liczby zadowolona, bo zawsze chciałam być w tym miejscu, odkąd pamiętam – dziewczyną po studiach, z fajnym facetem u boku i milionem myśli w głowie, a reszta niech sobie uważa co chce, I don’t care). No jest też kwestia tego, że bardzo rzadko moja mama z makijażu korzystała, babcia z resztą też. Zaczęłam od tuszu (jakoś pod koniec liceum!), bo spodobały mi się podkręcone rzęsy koleżanek… a jak jeszcze młodsza siostra zaczęła nakładać makeup regularnie, nie było już odwrotu! Makijaż dodaje mi pewności siebie, lubię osiągać naturalny look. Ostatecznie go polubiłam i rzadko kiedy zajmuje mi więcej czasu, niż piętnaście minut.

 

2. Zdarzało mi się wielokrotnie podkreślać, jak to ja nie znoszę planowania

…a jak się okazało, tak naprawdę nie potrafiłam planować. Nie kumałam w czym sęk, jaki jest tego główny cel (bo natura wiadomo – plany planami, nie muszą wypalać). Planowanie nie przychodzi łatwo, a już na pewno trzeba się go nauczyć, a potem jeszcze być wobec niego – i siebie – łaskawym. Myślę, że w życiu nie chodzi o to, by osiągać coś za wszelką cenę, a o to, by walczyć uczciwie z przeciwnościami losu, ze swoimi słabościami i nieładnymi skłonnościami. Niektóre rzeczy wydarzają się z mojej winy, inne nie i całkowicie nie mam na nie wpływu. Planowanie jednak daje mi możliwość taką, by niektóre przeciwności dostrzec już z oddali oraz mieć na uwadze, że priorytety się zmieniają, a rzeczywistość jest nieprzewidywalna i zaskakująca. Czy da się czerpać frajdę z planowania? Owszem! Nikt nie mówi przecież, że każdy plan jest zagrożony – co więcej – większość z nich nie ma prawa się nie udać! Prawda?

 

3. Dawniej sądziłam, że nigdy nie dam rady poprowadzić pamiętnika dłużej, niż rok, a tworzenie własnego kalendarza jest czasochłonne i męczące

Ha! Co ja wtedy wiedziałam o życiu! Karmins śmiga już ponad roczek, a ponad miesiąc działam z własnym Bullet Journalem i mam z niego niemałą radochę. Może chodziło mi wtedy o regularność? Kiedyś miałam problem z utrzymaniem sumiennego działania, na przykład powtarzającego się w czasie. Zmieniło się to w momencie, kiedy zaczęłam prowadzić comiesięczne spotkania dla graczy i pracowników branży gier Pog(R)adajmy – nie dość, że organizowałam wydarzenie dwa lata, to jeszcze przy okazji nauczyłam się regularnego działania. Trudno jest mi także uwierzyć w to, że tak długo odkładałam założenie pierwszego BuJo – dzięki niemu nie tylko daję upust swojej kreatywności, ale i przy okazji uczę się skuteczniejszego planowania i rozpisywania codziennych zajęć, a poza tym dbam o swoje nawyki i (co jeszcze mi jakoś super nie wychodzi) posiłki.

 

4. Czasem wciąż brakuje mi odwagi – dlatego do niedawna myślałam o pozostaniu w swojej sferze komfortu i byciu marketingowcem lub kierownikiem projektu, chociaż od zawsze miałam predyspozycje do zajęć twórczych

Zabrakło mi motywacji i „parcia”, by dostać się na studia związane z architekturą (a tak pewnie byłabym teraz architektem wnętrz, kto wie). Skończyłam na Kulturoznawstwie, czego bardzo żałowałam, dopiero w ramach studiów magisterskich odbiłam w kierunku mediów i sztuki. Przez ostatnie półtora roku pracowałam jako młodszy kierownik projektu w branży IT (chociaż myślałam, że będę zajmować się jedynie pracą przy gra wideo – byłam w błędzie, ale wyszło mi to też na dobre), ale mniej-więcej na początku 2017 poczułam, że nawet nie mam ochoty stawać się wirtuozką w tej dziedzinie. Jakby użyć żargonu graczy – raczej nie wymasteruję tego skilla i skupię się na innym drzewku umiejętności. Za to, pracując przy projektach, takich jak aplikacje mobilne i strony internetowe, poczułam, że to moja bajka i chcę się nauczyć je projektować. Poza tym, szalenie zajarałam się ideą Design Thinking. Dlatego właśnie teraz działam jako graphic designer i czuję, iż w końcu jestem na właściwym torze.

 

5. Wcześniej sądziłam, że nie ma kierunku studiów, na którym sprawdziłabym się po doświadczeniu z Kulturoznawstwem

Zmieniłam zdanie po mniej-więcej miesiącu studiowaniu Mediów Interaktywnych i Widowisk (UAM). To, jak bardzo czułam się zainspirowana po wyjściu z zajęć (z resztą prowadzonych świetnie, przez sympatycznych i kompetentnych wykładowców), było nie do opisania. MIiW to studia, które dały mi odwagę do tego, by nie bać się próbowania nowych rzeczy – w tym gadania do kamery (a potem projekcji tego nagrania na zajęciach!). Poza tym, przywróciły mi wiarę w to, że naprawdę mogę robić w życiu to, co lubię i co w przychodzi mi z większą łatwością, niż inne sprawy.

Zobacz także:

— Czy warto studiować? Moja historia studiowania –
kulturoznawstwo oraz media interaktywne i widowiska

 



 

Wydaje mi się, że dobrze jest spojrzeć raz na jakiś czas na sprawy, wobec których zmieniło się zdanie – prześledzić ich historię: dlaczego tak się stało, co spowodowało odmienny punkt widzenia. Odpowiedź może okazać się zaskakująca i całkiem… wartościowa. W moim przypadku, za każdym razem, kiedy opuszczam swoją strefę bezpieczeństwa – czyli w sumie poszerzam zasięg moich aktywności – okazuje się, że podejmowanie ryzyka było zwyczajnie… opłacalne, dobre dla mnie. Jestem ciekawa czy masz podobne doświadczenia – napisz koniecznie w komentarzu!

  • Udostępnij